Ksywka: brak
Wiek: 35
Narodowość: Kanadyjczyk
Charakter: Roland to człowiek, który wszystko musi zrobić dobrze. Często robi to, co powinien zrobić a nie to, czego naprawdę pragnie. Ma w sobie wewnętrznego krytyka, który na bieżąco ocenia czy wszystko jest zrobione doskonale. Zawsze postępuje właściwie, ale czasami krytykuje swoich kompanów. Jest mu trudno zaakceptować zdanie innych, oraz to, że czasami popełniają błędy. Corleyowi bardzo trudno jest przyznać się do błędu. Potrafi pracować dla sprawy, dla lepszego świata, kierując się normami moralnymi. Za swoją pracę nie oczekuje uznania i dużych pieniędzy.
Motywacja/cele: Przejął dowodzenie nad Edenem, po niejakim Stonym Jamesie Strodzie, który odszedł z bunkra z powodów prywatnych. Chce aby to miejsce funkcjonowało dalej. Tyle.
Rasa: Był człowiekiem, lecz w wyniku wybuchu miny stał się pół-cyborgiem pół-mutantem.
Wygląd:
- budowa ciała: Facet który ma bliżej do 40, niż dalej ale nadal daje radę. Jest przeciętny, niczym się nie wyróżnia. Ostrzyżone włosy, lekki umięśnienie, zarost na twarzy. Dopiero umiejętności czynią go tym, kim jest. Po pewnym niefortunnym wypadku, posiada sztuczne oko z kilkoma funkcjami, mechaniczną ręką oraz nogę, wszystko to po lewej stronie.
- ubiór codzienny: Po bunkrze nosi się dość zwyczajnie. Jeansowe spodnie, koszulka i na nią koszula, przeważnie z długimi rękawami które podciąga do łokci. Jego ubiór zmienia się gdy opuszcza zacisze. Przywdziewa wtedy kamizelkę kuloodporną, wygodne bojówki, a na głowę zakłada czapkę patrolówkę, kaptur i bandamę. W kieszeni ma zawsze przy sobie maskę przeciwgazową i gogle do ochrony oczu, przed wszelkimi pyłami niesionymi przez wiatr.
Broń: Rewolwer Colt Python przerobiony na kaliber .44 oraz wysłużony karabin M14. Ma do niego też bagnet, który częściej służy za nóż.
Historia:
Roland urodził się w roku 2227, w małej i bardzo zamkniętej enklawie, nazywającej się Irsun. Znajdowała się niedaleko zmutowanych lasów, w południowej Kanadzie. Jakie z tych lasów wychodziły bestie, wie tylko i mieszkańcy Irsun, którzy musieli się z nimi mierzyć praktycznie co noc. Ale mieli jedną cenną rzecz na tym zadupiu. Własną faktorię, w której produkowali amunicję. W którymś tam roku uruchomili drugą i ich mała enklawa, otworzyła się. Zaczęła pęcznieć, aż w końcu pewnego wieczoru były w niej tylu ludzi chcących tam zamieszkać, iż nie zdążono zamknąć bram. Irsun upadło tak szybko, jak się wzbogaciło. Niewielu przeżyło napaść potworów z ów lasów.
Rolanda uratował jakiś handlarz, który przedstawiał się jako Black. Akurat był jednym z nielicznych, mając sprawne auto i wraz z nim ewakuowało się sporo ludzi. Aż całe pięć. Lecz nim doszło do tego brzemiennego w skutkach wydarzenia, Roland pracował sporo w faktorii przy produkcji amunicji oraz wykonywał inne drobne prace, jak poranna naprawa ogrodzeń i bram po nocnej sieczce, utylizował nawet ciała potworów. Ale to akurat miło wspomina, praca polegała tylko na paleniu ich miotaczem ognia. Proste, prawda?
Rodzinę, jakąś tam miał ale rodziców za dobrze nie wspomina. Ojciec w nocy pił, nie mogąc wytrzymać kanonady karabinów, w dzień spał, a jak nie spał to tłukł biedną matkę. A biedna matka, nie mogąc wytrzymać z ojcem, puszczała się w całym Irsun. Corleya wychowywała ulica. Tam się nauczył strzelać od swojego starszego kumpla Tima, palić, pieprzyć, ćpać, pić, bić się i pięściami, i kawałem pręta zbrojeniowego. Ot, normalne młodzieżowe rozrywki w przerwie od pracy i zajęć. A rodzeństwo? Zawsze trzymało się koło niego. Za rodzeństwo, był w stanie oddać wiele, nie raz zresztą nadstawiał za nich karku, jako najstarszy z rodziny. Po tragedii w Irsun, nie miał z nimi kontaktu i nie wie co się z nimi dzieje.
Kiedy Irsun upadło, chwilę zajmował się nim Hamilton. Od niego nauczył się prostej matematyki, pisać i czytać. Na szczęście mówić już potrafił. Kiedy miał lat 22, bo 2 lata spędził u Hamiltona, sam zaczął handlować odchodząc od wybawcy. Jego kariera jako wyśmienitego handlarza na przeróżnych szlakach, trwała dosłownie rok. Po roku wlazł, tam gdzie włazić nie powinien i stracił cały dobytek. Cała jego karawana, poszła się jebać. Przez jedną, mała zasadzkę. On przeżył, cudem, jak zawsze. Cholerny farciarz, obudził się na stole operacyjnym niejakiej Kacy. Wyjęła z niego 33 kule i liczne odłamki od grantów. Jednym słowem, solidnie mu przyjebali. Rekonwalescencja trwała rok z hakiem, w miejscowości zwanej Little Canada.
Kacy okazała się bardzo miło, pomocna i całkiem, całkiem bez ubrania. Niestety, tego nieskrępowanego związku pojąć nie mógł jej ojciec i szybko Roland musiał opuścić Little Canadę, nie dopinając nawet w biegu paska od spodni. Jego kolejnym przystankiem, było już USA. A raczej to co z USA zostało, bo to był jeden wielki śmietnik. Gnój, syf i ubóstwo. I w tym ubóstwie, przypominając sobie dzieciństwo w Irsun, czuł się Corley jak ryba w wodzie. Wiecie, nie bał się przyjebać komuś bejsbolem, by zdobyć paczkę ciasteczek jak akurat na te ciasteczka miał ochotę. Pewnego razu niestety, zachciało mu się złych ciasteczek, w zły miejscu. Nie wiedział że wioska Karraku ma szeryfa. Trafił do paki, na pół roku. Po pół roku, szeryf John Cornel postanowił wziąć go na resocjalizację. I tak oto Roland został zastępcą szeryfa, z całkiem pojebanego typka próbującego przeżyć. Szło mu całkiem dobrze, strzelania miał we krwi. I właśnie strzelania go zgubiło. Za dużo walił ołowiu, nie koniecznie do tych złych. Ludzie stawiali zbyt duży opór. Zwłaszcza jak byli wypici.
Karraku wyleciał na zbity pysk, ale John Cornel tak się z nim zżył, że dał mu na drogę karabin M14 z bagnetem i rewolwer. No, i paczkę amunicji. Miał wtedy jakieś 27 lat, więc świat stał dla niego otworem. A przynajmniej tak mu się wydawało. Wypalona bombami atomowymi Ameryka, wciągała go coraz głębiej, i głębiej. Nie mając zbytnio co ze sobą zrobił, wyrabiał pociski dum-dum i zapalające, a czasami nawet przeciw pancerne. Kosztowały krocie, więc żył nawet nieźle. Z nudów brał się najemnictwo. Wiadomo, robota dla najemnika zawsze się znajdzie. M14 choć wysłużony, za kasę został nieźle odnowiony. Tak samo rewolwer. Żył sobie tak aż do 34 lat, gdzie spotkał Jamesa, a raczej Stonyego Jamesa Strodea.
Facet często przesiadywał w barze, w Hope. A i Roland w nim często bywał, to też skumali się i całkiem dobrze poznali. James opowiadał mu o Edenie, w który Roland nie mógł uwierzyć. Roland opowiadał mu o ruchach poszczególnych frakcji i przynosił nowiny z innych części kraju. Aż w końcu James, załamał się. A przynajmniej Roland tak stwierdził, widząc jak ten coraz więcej pije. Żona w ciąży, powinien się cieszyć, a ten popadał w alkoholizm. Ni z gruchy, ni z pietruchy James oznajmił mu, że zostaje nowym „szefem”, choć sam nienawidził tego określenia i wolał mówić „gospodarz”. A sam James po prostu wstał, wsiadł w samochód i odjechał… Dokąd? A chuj wie.
Po pewnym czasie życia w Edenie, przez swoją nie uwagę wdepnął na minę, która przemieniła go w pół-żywe truchło, które ledwo odratowali mieszkańcy Edenu we współpracy z Bractwem Stali. Utracone kończyny, zastąpiono silnymi protezami tj. lewą nogę i rękę oraz część żeber, czaszki oraz lewe oko. Aby podtrzymać go przy życiu w czasie montowania zaawansowanych urządzeń, podano mu kilka mutagenów, które również wpłynęły na jego ciało i zdolności. Oficjalnie jest pół-cyborgiem pół-mutantem. Jako tradycjonalista, wolałby być dobity i nie może się z tym pogodzić.
Inne:
* od niedawna opiekuje się również psem, którego nazwał Zero. Jest to średniego wieku alaskan, którego znalazł w tunelach metra pod Chicago. Pies został od razu jego najlepszym przyjacielem, zna sporo komend i potrafi się bronić.
* pała miłością do trawki, która może podchodzić pod uzależnienie. Oczywiście sam się do tego nie przyzna, ale czy trawka jest aż tak wielkim grzechem, w tak popieprzonym świecie?
* lekkie mutacje mięśni, układu nerwowego, układu kostnego oraz zmysłu wzroku
* silna proteza lewej nogi i ręki, oraz sztuczne lewe oko (kamera z wmontowanym dalmierzem, termowizją oraz noktowizją wysokiej rozdzielczości)
Kontakt: czat
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz